Józef Różański - podręcznikowy przykład sadysty! (cz. 4)

Józef Różański - podręcznikowy przykład sadysty! (cz. 4)
pdf ePub czas dodania: 2017:09:01 02:29 komentarzy 0
Pochodził z rozbitej rodziny (jak 46,7% sadystycznych bandytów). Kontynuował naukę po ukończeniu szkoły średniej (jak 43,3% tychże). Był perwersyjny, lecz pozornie ustatkowany.

(...)

 

Różańszczyzna - metodyka UB

Dalsze losy naszego antybohatera doskonale nakreśla Tadeusz M. Płużański w książce “Bestie” (Warszawa 2011) i artykule “Jacek Różański, kat rotmistrza Witolda Pileckiego i generała Augusta Emila Fieldorfa ‘Nila’” (Historia.wp.pl). Otóż w 1944 roku Różański wstąpił do Ludowego Wojska Polskiego, gdzie pełnił funkcję politruka oraz uczestniczył w walkach na Wołyniu i przyczółku warecko-magnuszewskim. Wkrótce przeniesiono go do raczkującego Resortu Bezpieczeństwa Publicznego PKWN. 1 lipca 1947 roku Josek został dyrektorem Departamentu Śledczego MBP. To, co brat Jerzego Borejszy wyczyniał aż do roku 1954, czyli do końca swojej kariery w peerelowskiej bezpiece, uczyniło go symbolem terroru stalinowskiego w Polsce. Nieludzkie tortury, jakie stosował na szeroką skalę wobec więźniów politycznych, to tylko wierzchołek góry lodowej. Przede wszystkim, był on człowiekiem, który decydował o wyrokach wydawanych w procesach pokazowych. Wiele z tych procesów stanowiło zresztą jego autorską twórczość. Różański wysysał sobie z palca najróżniejsze historie, na podstawie których formułował fałszywe oskarżenia wzmocnione spreparowanymi dowodami. Zmuszał ludzi, żeby przyznawali się do czynów niepopełnionych. Reżyserował rozprawy, podczas których wszystko było z góry ustalone. Gdy sądowe “przedstawienia” szły niezgodnie z planem, osobiście przywracał “aktorów” do pionu. Znany jest incydent z procesu biskupa Czesława Kaczmarka, kiedy to Różański niespodziewanie wyszedł zza kulis. “Ja już skułem mordy obrońcom i przestrzegam księdza biskupa, aby nie poważył się więcej na podobne postępowanie” - warknął zirytowany Josek do duchownego.


Sprawa “Marcysi”

Goldberg potrafił składać bliźnim obietnice bez pokrycia, niekiedy okraszone “oficerskim słowem honoru“. W jego ustach “honor” był jedynie wytrychem umożliwiającym włamanie się do psychiki rozmówcy. To właśnie tego wytrychu użył nasz antybohater w 1945 roku, gdy zależało mu na konkretnych zeznaniach Emilii Malessy “Marcysi”, wdowy po Janie Piwniku “Ponurym“. Historię, do której nawiązuję, opisał Tadeusz M. Płużański w tekście “Po pierwsze honor. Opowieść o Emilii Malessie i Janie Rzepeckim” (“Oprawcy. Zbrodnie bez kary”, Warszawa 2012). Podczas okupacji niemieckiej Malessa należała do AK, gdzie pełniła funkcję łączniczki “między podziemiem w kraju a władzami RP i Naczelnym Wodzem na obczyźnie”. Po wojnie konspirowała przeciwko komunistom, za co trafiła do więzienia na warszawskim Mokotowie. Tam, przy ulicy Rakowieckiej, zdradziła nazwiska przywódców WiN-u. “Pułkownik Józef Goldberg-Różański (…) ręczył jej ‘oficerskim słowem honoru’, że żadna z ujawnionych osób nie zostanie aresztowana i osądzona. Odwoływał się do jej patriotycznych uczuć. (…) Jeśli nie pójdzie na ugodę (…) ’będzie odpowiedzialna za mordownię’. (…) Różański słowa nie dotrzymał, rozpoczynając aresztowania WiN-owców. (…) Jednak (…) to nie ona wpadła na pomysł ujawnienia WiN. Działała na wyraźne polecenie swojego dowódcy, płk. Jana Rzepeckiego” - pisze Płużański. Malessa robiła wszystko, co w jej mocy, żeby nakłonić Joska do realizacji danego przyrzeczenia. Dwukrotnie podejmowała głodówkę. Latem 1949 roku popełniła samobójstwo. Tymczasem Rzepecki dożył odwilży październikowej (1956). Szybko został zrehabilitowany i poparł Władysława Gomułkę.


Łamacz umysłów

Ryszard Walicki, autor książki “Tortury. W Polsce 1945-1955 i współcześnie” (Warszawa 2013), odmalowuje dosyć wnikliwy portret Goldberga: “Różański (…) rozumiał znaczenie szoku emocjonalnego. Toteż jego ofiary pamiętały go dobrze. Gdy jedna z byłych więźniarek, będąc już na wolności, zobaczyła Różańskiego w sklepie przy ulicy Nowy Świat w Warszawie, to zemdlała. (…) Różański osobiście bił rzadko. Niejednokrotnie na początku przesłuchania uderzał więźnia lub więźniarkę w twarz, ale mocno. Czasem zdzielił pasem oficerskim lub kopnął. Długie torturowanie fizyczne zlecał oficerom śledczym. Groził więźniom i pragnął wytworzyć w nich poczucie beznadziejności i wywołać strach. Sam zaś co pewien czas występował w roli życzliwego, współczującego więźniom i oficerom śledczym, mądrego człowieka, zdumionego nieracjonalnym zachowaniem się osób torturowanych. (…) To przypomina opinię o Różańskim byłego więźnia, Wiktora Leśniewskiego, który powiedział mi kiedyś, że Różański potrafił być uroczym człowiekiem. Jednego tylko nie potrafił: uśmiechać się. Płk Różański starał się dotrzeć do umysłu ofiary po to, aby ją złamać”. Walicki ilustruje maniery Joska licznymi cytatami. Oto dwa z nich: “Pewnego dnia w czasie przesłuchania w 1950 r. wszedł w mundurze pułkownika, z reguły chodził w cywilnym ubraniu (…) i powiedział: no, Dobrowolski - już odpiął pasa i palnął mnie 3-4 razy po plecach, karku i uchu (…) i mówi (…): muszę sobie zrobić przyjemność, żeby takiego łobuza bić” (Szczęsny Dobrowolski), “Mnie Różański nigdy nie uderzył palcem. (…) Jak meldowałem Różańskiemu, że mnie biją, powiedział - u nas się nie bije, proszę pana, imaginacja jakaś nadzwyczajna” (Stanisław Szopiński).


Krwawy Jacek

Ryszard Walicki przywołuje również zeznania dotyczące przeżyć Andrzeja Skrzesińskiego: “W obecności Różańskiego włożono mu do ust palącego papierosa, gdy go wypluł, Różański uderzył go z całej siły w twarz i wybił mu dwa zęby, dał mu własną chustkę, rozkazując na klęczkach lizać krew z podłogi”. Leon Wudzki, członek CKKP PZPR, powiedział w 1956 roku: “Całe miasto wiedziało, że Różański zdziera ludziom paznokcie osobiście z rąk” (cyt. za: Władysław Gauza, “Elity III RP. Rodowód”, Oslo 2011). Anglojęzyczna publikacja “Night Voices: Heard in the Shadow of Hitler and Stalin” Heather Laskey (McGill-Queen’s University Press 2003) zawiera wzmiankę o tym, że Goldberg wbijał pewnej kobiecie igły pod paznokcie. Piotr Lipiński, autor książki “Bicia nie trzeba było ich uczyć. Proces Humera i oficerów śledczych Urzędu Bezpieczeństwa” (Wołowiec 2016), opisuje przypadek nieludzkiego katowania Marii Hattowskiej: “Zaprowadzono ją na przesłuchanie; w pokoju czekało ośmiu mężczyzn. Byli wśród nich Józef Różański i Adam Humer. - Różański zaczął pierwszy - opowiadała mi Maria Hattowska. - Kopnął mnie, aż spadłam z krzesła. Humer bił nahajką. Miała na końcu kulkę, która przy uderzeniach przecinała skórę. (…) Bili mnie w krocze. Po tym już nie mogłam mieć dzieci”. Stefan Bałuk, jeden z bohaterów filmu dokumentalnego “Bezpieka 1944-1956” (reż. Iwona Bartólewska, TVP 1997), twierdził, że Josek wykazywał pewne “objawy neurasteniczne”, tzn. wychodził z pokoju przesłuchań jako człowiek kompletnie wyczerpany i nieobecny, a wracał - jako okaz siły i witalności. Zdaniem ekswięźnia, oprawca mógł czerpać energię z jakichś “dodatkowych bodźców”. Czyżby leki lub narkotyki[3]?


49 rodzajów tortur

Kazimierz Moczarski, męczony przez kilku ubeków na rozkaz Józefa Różańskiego, wspomina o biciu “ręką“, “policyjną pałką gumową“, “drążkiem mosiężnym“, “drutem“, “drewnianą linijką okutą metalem“, “kijem“, “batem“ oraz “suszką i podstawą do kałamarza”. Było to uderzanie m.in. “nasady nosa“, “wystających części łopatek“, “podbródka“, “stawów barkowych“, “wierzchniej części nagich stóp“, “czubków palców rąk“, “czubków palców nagich stóp“ i “obnażonych pięt”. Pokrzywdzony zapamiętał też wyrywanie włosów (“z wierzchniej części czaszki”, “ze skroni, znad uszu i z karku”, “z brody i wąsów”, “z piersi”, “z krocza i z moszny”), przypalanie (“rozżarzonym papierosem - okolic ust i oczu”, “płomieniem - palców obu dłoni”) i wiele innych udręk, np. “miażdżenie palców obu rąk”, “miażdżenie palców stóp”, “siedzenie na kancie stołka”, “siedzenie na śrubie, która rani odbytnicę”. Pełną listę niedozwolonych metod śledczych można znaleźć w artykule “Opis 49 rodzajów tortur stosowanych przez UB wobec Kazimierza Moczarskiego z AK” Jarosława Wróblewskiego (portal Fronda.pl). Kobiety, które trafiały do więzienia na Rakowieckiej, często padały ofiarą przemocy seksualnej. Tadeusz M. Płużański przytacza w “Bestiach” słowa swojego ojca, byłego więźnia stalinowskiego: “Ówczesny kierownik Wydziału Śledczego MBP płk J. Różański oświadczył mi, że oficerowie śledczy nie będą się ze mną ‘szarpali’, gdy mogą wybić z kogo innego to, co im jest potrzebne. (…) W stosunku do żony mojej zastosowano system (…) deptania jej godności kobiecej”. Goldberg był osobnikiem niesłychanie perwersyjnym. Świadczy o tym jego agresja seksualna, wścibstwo i rozwiązły styl życia.


Moralność alfonsa

Któregoś dnia Anatol Fejgin, dyrektor Departamentu X MBP, zastał go w takiej sytuacji: “Na olbrzymim biurku (…) siedzi Jacek, przed nim ustawieni w krąg stoją jego najbliżsi współpracownicy, a w środku jak piłka odbija się nieznany mi mężczyzna. Był puszczony na krąg, każdy z funkcjonariuszy Jacka przykładał mu kuksańca, a Różański, każdorazowo, gdy tamten przelatywał obok biurka, kopał go w miejsca szczególnie uczulone. ‘Jacek! Jak możesz!’ - powiedziałem z oburzeniem. ‘To jest właśnie zabójca Ściborka’ - wyjaśnił Różański, mitygując się. Zaczerwienił się chyba nawet. Krępował się przy mnie swojej brutalności” (Henryk Piecuch, “Spotkania z Fejginem”, Warszawa 1990). Skrępowanie oznacza, że ktoś się wstydzi przyjemności, którą odczuwa. Rozprawiała o tym bodajże Michelle Larivey w książce “Siła emocji” (Warszawa 2006). Zestawmy upiorną anegdotę Fejgina z fragmentem przemówienia Bolesława Drobnera z 1955 roku: “Chciałbym, żeby (…) można było usłyszeć od świadków, iż nie przeszedł ten drab koło więźnia bezbronnego, żeby go nie kopnąć w krocze” (Stanisław Marat i Jacek Snopkiewicz, “Ludzie bezpieki”, Warszawa 1990). Jedna z byłych więźniarek MBP wspominała, że Różański zapoznawał ją z zeznaniami jej męża na temat “Moje życie erotyczne”. Chciał jej również odczytać inny elaborat tego samego człowieka: “Pożycie płciowe z moją żoną” (tamże). Henryk Piecuch wzmiankował o jakichś “orgiach” z udziałem Różańskiego. Józef Światło mówił na antenie RWE: “Różański to bardzo energiczny i czynny kobieciarz. (…) Urządza sobie intymne i wymyślne orgie w swoim gabinecie”. Tadeusz M. Płużański pisał w “Bestiach“, że Josek miał w ZSRR “swoje PPŻ”.


Na smyczy Moczara

Barbara Fijałkowska podaje, że Józef Różański dostał wypowiedzenie z pracy już w marcu 1954 roku. Kilka miesięcy później nastąpiło zaś jego aresztowanie. W roku 1955 Goldberg został skazany na 5 lat więzienia, ale złagodzono mu karę do 3 lat i 4 miesięcy. W roku 1957 usłyszał wyrok 15 lat pozbawienia wolności, zamieniony potem na 14 lat. Ryszard Walicki cytuje słowa Marka Jabłonowskiego, z których wynika, że Josek “korzystał [w zakładzie karnym - przypis NJN] z nieprzewidzianych regulaminem ulg”. Ostatecznie skazaniec został ułaskawiony w październiku 1964 roku. Dalsze losy naszego antybohatera omawia Radosław Kurek w artykule “Kaci bezpieki na tle Marca’68: Roman Romkowski, Anatol Fejgin i Józef Różański w oczach SB (1964-1968)”. Tekst ukazał się w czasopiśmie “Aparat Represji w Polsce Ludowej 1944-1989”, którego elektroniczną wersję można pobrać ze strony internetowej IPN-u (Ipn.gov.pl). Według badacza, w czasach moczarowskich Goldberg pracował m.in. w Mennicy Państwowej i był pilnie śledzony przez esbeków. Uczyniono go nawet figurantem sprawy o kryptonimie “Wąsik”. Różański roztaczał wokół siebie “atmosferę człowieka miłego, uprzejmego, a jednocześnie dającego do zrozumienia, że posiada poważną pozycję dzięki swym uprzednim i obecnym znajomościom” (to fragment notatki H. Szyszkowskiego z lutego 1967 roku). Lubił spacerować ulicą Rakowiecką. Tęsknił za epoką bierutowską. Kibicował Izraelowi w zmaganiach z Arabami. W marcu 1968 roku był spokojny, ale jego żona rozpowszechniała jakieś plotki o rzekomym mordowaniu Żydów przez Polaków podczas okupacji niemieckiej. W 1967 roku został “wyrzucony z jadącego trolejbusu” przez swoje dawne ofiary.


Historia i sztuka

A co się stało ze Stefą Goldberżanką? Barbara Fijałkowska zdradza tylko tyle, że czerwona księżniczka posługiwała się nazwiskiem “Stefania Żebrowska”. Na początku 2016 roku znalazłam w Internecie blog artystki plastyczki Justyny Czerniak (Justynaczerniak.blogspot.com). W dziale “Tekst” autorka wyjaśnia, jak jej losy splotły się - pośrednio, acz intensywnie - z losami rodziny Józefa Różańskiego. Otóż Justyna przyjaźni się z niejaką Agnieszką, młodą kobietą, która pracowała jako opiekunka Stefy i towarzyszyła jej aż do końca ziemskiej wędrówki. Starsza pani dopiero pod koniec życia ujawniła swoją prawdziwą tożsamość. Była osobą niezwykle samotną, toteż przed śmiercią zapisała cały swój majątek, łącznie z pamiątkami po ojcu, opiekunce Agnieszce. Wiele z tych staroci - fotografii, listów, pocztówek - trafiło później w ręce Justyny Czerniak, która zrobiła z nich jakieś kompozycje artystyczne w ramach przygotowywanej pracy dyplomowej. Ech, mam nadzieję, że magistrantka wykorzystała wyłącznie kopie tych przedmiotów, a nie oryginały! Przeraża mnie myśl, że ktoś mógłby zniszczyć cenne źródła historyczne w imię “sztuki współczesnej”! Justyna opublikowała w Internecie skany swoich dzieł. Nie znam się na sztuce, ale uważam, że zdjęcia z rodzinnego archiwum Różańskich wyglądałyby znacznie lepiej bez tych wszystkich “artystycznych udziwnień”, takich jak stylizowany kwiatek zasłaniający buzię Stefy. Tak czy owak, nie mam wątpliwości, że na niektórych fotografiach znajduje się Józef Różański. Ta gęba jest niepodrabialna. Również adres widoczny na jednej z pocztówek (ulica Narbutta w Warszawie) zgadza się z tym podanym przez Fijałkowską. Pamiątki są więc autentyczne.

 

(...)

CIĄG DALSZY NASTĄPI

 

 

licznik: 2066 + 0 / 0 - promuj
captcha
x

Zgłoszenie komentarza

dodaj komentarz

x
komentarzy: 0 kolejność: wg punktacji najstarsze najnowsze